Katastrofa w Smoleńsku jest najszybciej wyjaśnioną katastrofą lotniczą w historii. Zręb kanonicznej wersji konkluzji oficjalnych śledztw ("Pijany Błasik po libacji z Kaczorem wdarł się do kokpitu i czterokrotnie podchodził do lądowania na zamkniętym przez dzielnych rosyjskich kontrolerów lotnisku") był gotowy już kilkanaście minut po zdarzeniu.

Pomimo tej oczywistości, nieodpowiedzialne elementy i wichrzyciele wciąż domagają się jakiejś "prawdy" i odgrzewają do znudzenia ten temat.

Tamę tym zachowaniom stawia niezawodny i zawsze czujny Redaktor Michnik, Ojciec Chrzestny naszej Trzeciej Rzeczy.

W swoim wybornym tekście sarkastycznie pyta:

"Kto z ludzi myślących będzie wciąż wierzył w tezę o wspólnej winie Putina i Tuska za katastrofę smoleńską(...)?"

Oczywiście, że nikt! Myślący ludzie wierzą w naciski Błasika, w jego kłótnię z kapitanem, w to, że piloci nie mogą oczekiwać od wieży dokładnych informacji, w ztraumatyzowanych pilotów.

Redaktor stwierdza,

"że były dwie istotne przyczyny katastrofy. Pierwsza: ten samolot nie powinien wystartować z Warszawy; po drugie - nie powinien lądować na lotnisku w Smoleńsku. Warunki atmosferyczne nie zezwalały na jedno i drugie".

I to wyklucza potrzebę wyjaśniania jakichkolwiek wątpliwości odnośnie sposobu prowadzenia śledztwa przez Rosjan, pardon,

"rozpętywania nowej wojny na słowa z rządem Federacji Rosyjskiej".

Redaktorze, święta prawda. Ten zwykły wypadek i rutynowe w jego sprawie śledztwo nie mają nic wspólnego ze stanem naszego państwa. Państwa będącego naszym historycznym sukcesem. Zatem rozwikływanie tej sprawy jest stratą czasu, który powinniśmy poświęcić na rozkoszowanie się niczym niezmąconym szczęściem życia w tym najlepszym ze światów.